Sławomir Zagórski
2007-09-22, ostatnia aktualizacja 2007-09-25 09:45
Pokolenie naszych dzieci będzie pierwszym, które będzie żyć krócej od nas. Możemy jeszcze temu zaradzić, choć to niełatwe zadanie
Tezę tej treści stawia amerykański epidemiolog Jay Olshansky z University of Illinois w Chicago. Olshansky od lat zajmuje się zagadnieniami związanymi ze starzeniem się, długowiecznością i zdrowiem. Jego zdaniem bogaty zachodni świat stoi w obliczu zdrowotnej katastrofy, która musi odbić się na długości naszego życia. Będzie to tym bardziej dojmujące, że przyzwyczailiśmy się już, że dzięki różnym zdobyczom medycyny ludzkie życie stale się wydłuża. I rzeczywiście postęp, jaki dokonał się tu w ciągu ostatnich 100 lat, jest oszałamiający. Jeszcze na początku XX wieku średnia oczekiwana długość życia przychodzącej na świat Amerykanki wynosiła 50 lat. Dziś rodząca się w Stanach dziewczynka może liczyć na 81 lat życia, a w Japonii aż na 85,8 lat (w Polsce 79,4).
Motorem tych zmian było z jednej strony znaczne ograniczenie śmiertelności okołoporodowej, z drugiej nowoczesne leki – głównie antybiotyki, a także szczepionki. – Taki skok związany z rzadszymi zgonami kobiet po porodzie można jednak uczynić tylko raz – mówił podczas niedawnego GE Healthcare Media Summit w Berlinie prof. Olshansky. – Gdybyśmy nie wiem co robili, lepsza dbałość o rodzące kobiety nie wydłuży już im życia w skali globalnej – przekonywał uczony. Co ciekawe, nawet gdybyśmy wymyślili cudowną pigułkę na wszystkie nowotwory razem wzięte, średnia oczekiwana długość życia zwiększyłaby się, ale zaledwie o 3,5 roku. Podobnie, gdybyśmy przestali umierać na zawały serca, nasze życie wydłużyłoby się, ale tylko o trzy lata. Innymi słowy, dochodzimy powoli do kresu możliwości wydłużania ludzkiego życia, choć naturalnie możemy się starać o to, by jego jakość na starość była jak najwyższa.
Co czwarty Grek i Chorwat, co piąty Niemiec i Fin
Bezsporne osiągnięcia medycyny już wkrótce zostaną wystawione na ciężką próbę. Krzywe oczekiwanej długości życia, które w krajach rozwiniętych wciąż jeszcze lekko idą w górę, niedługo załamią się i zaczną spadać. Sprawi to światowa epidemia otyłości – ostrzega Olshansky.
Dane na ten temat są rzeczywiście przerażające. Dla przykładu – o ile jeszcze w połowie lat 80. ludzi chorobliwie otyłych było w USA stosunkowo niewielu, o tyle dziś cała Ameryka dosłownie topi się w tłuszczu. W Luizjanie, Missisipi i Wirginii Zach. otyłych jest ponad 30 proc. obywateli, a w kolejnych 19 stanach co czwarta osoba dźwiga wiele nadprogramowych kilogramów.
Niewiele lepiej jest w Europie. Na Starym Kontynencie rzadziej widać co prawda monstra ważące 200-250 kg, co w USA wcale nie jest rzadkością, ale trendy epidemiologiczne są, niestety, podobne. 20 lat temu odsetek otyłych Europejczyków w większości krajów nie przekraczał 5-10 proc. (wyjątek stanowiła Finlandia). Dziś chorobliwie otyły jest co czwarty Grek i Chorwat, co piąty Niemiec, Anglik, Czech, Węgier i Fin. Wśród kobiet przodują Greczynki, Portugalki i Finki.
Epidemia otyłości nie oszczędziła nawet zdrowo jedzącego i przywiązującego wagę do wyglądu społeczeństwa francuskiego. W 2005 r. otyłych było 14 proc. Francuzów, w 2010 r. będzie ich już 17,5 proc.
Otyłość, cukrzyca, krótsze życie
Najgorsze jest to, że dodatkowe kilogramy coraz częściej dotyczą nastolatków, a także dzieci. W roku 2000 aż 1,1 mld młodych ludzi do 18. roku życia cierpiało na nadwagę (ich indeks masy ciała, czyli BMI, przekraczał 25), a 300 mln było chorobliwie otyłych (BMI powyżej 30). Wystarczyło zaledwie pięć lat, by wskaźniki te stały się jeszcze bardziej dramatyczne. W 2005 r. na świecie żyło 1,5 mld dzieci do 15. roku życia z nadwagą i aż 414 mln otyłych! W Hiszpanii nadwagę ma dziś co trzecie dziecko w wieku 7-11 lat.
- A przecież otyłość to nie tylko problem kosmetyczny – to poważne zagrożenie zdrowotne – przypominał Olshansky. Coraz więcej dzieci przed 10. rokiem życia zapada na uszkadzającą naczynia krwionośne cukrzycę typu 2 związaną z otyłością (do niedawna chorowały najczęściej na uwarunkowaną genetycznie cukrzycę typu 1). – Co oznacza cukrzyca typu 2 u dziesięciolatka? To, że jego naczynia krwionośne wyglądają jak u 50-letniego mężczyzny – alarmował Olshansky.
- Scenariusz na najbliższe lata wygląda następująco: najpierw będziemy świadkami dalszego nakręcania się epidemii otyłości wśród dzieci i młodzieży, potem posypią się wśród nich przypadki cukrzycy, nadciśnienia, wysokiego poziomu cholesterolu, a potem – jeszcze nie zaraz, ale w ciągu najbliższych 50 lat – będziemy świadkami coraz częstszych zgonów i skracania się życia – roztaczał swoją kasandryczną wizję naukowiec.
Wiele wskazuje na to, że Olshansky ma rację. W sierpniowym numerze pisma “Pediatrics” opublikowano pracę sygnowaną nazwiskiem dr Johna Morrisona z Children’s Hospital Medical Center w Cincinnati (USA). Naukowcy w połowie lat 70. przebadali po raz pierwszy 771 dzieci w wieku 6-19 lat, a następnie sprawdzili. co się z nimi działo ćwierć wieku później. Okazuje się, że te z dzieciaków, które już we wczesnej młodości zmagały się z otyłością, nadciśnieniem, wysokim poziomem cholesterolu, były aż 15-krotnie bardziej narażone na poważne choroby serca i naczyń.
Zaczęło się od złej piramidy
Gdzie szukać źródeł epidemii otyłości?
- Przyczynili się do tego sami lekarze dietetycy, którzy jeszcze 30 lat temu przekonywali nas, że podstawą zdrowego pożywienia powinny być produkty zbożowe, pieczywo i makarony – tłumaczy Olshansky. – Pamiętam doskonale, jak wmawiano nam: “Jedz makaron, będziesz zdrowy” – mówi naukowiec. Dziś piramida żywienia wygląda zupełnie inaczej (jej podstawa to owoce i warzywa), ale starych nawyków nie zmienia się z dnia na dzień.
Lata 70. to także początek ery fast foodów serwujących duże porcje wysokokalorycznego jedzenia. Resztę załatwiły komputery, które w kolejnych dwóch dekadach zagościły w każdym amerykańskim domu i sprawiły, że dzieci zamiast grać w kosza czy baseball, zasiadły przed ekranem.
Czy katastrofa jest nieuchronna?
Brytyjski specjalista prof. Stanley Ulijaszek z Oxford University uważa, że z epidemią otyłości jest jak z samochodem ślizgającym się na oleju – nawet jeśli naciśniemy hamulec, pojazd i tak pojedzie do przodu. – Bez względu na to, co zrobimy, liczba ludzi otyłych będzie rosła, ale działać trzeba, bo szykujemy sobie niezłą pętlę na szyję – przestrzegał podczas niedawnego pobytu w Polsce prof. Ulijaszek.
Co robić, żeby przynajmniej dzieci przestały w zastraszającym tempie tyć? – pytam prof. Olshansky’ego. – Polecam trzy proste rzeczy – odparł naukowiec:
* nakładanie mniejszych porcji na talerz,
* nauczenie dzieci jeść wolniej; jeśli połkną posiłek w dwie minuty, wydaje im się, że są nadal głodne
* i wreszcie trzeba zadbać, by wychodziły na dwór z piłką, zanim zasiądą przed komputerem – jeśli nie zechcą, poświęcić się i grać z nimi, nam też to wyjdzie na zdrowie.
Europa tyje na potęgę
Polska w porównaniu z USA czy Wlk. Brytanią wygląda w statystykach dotyczących otyłości nieco lepiej. Z wydanego w styczniu 2007 r. raportu wynika, że na nadwagę cierpi u nas 8,8 proc., a na otyłość 4,5 proc. dzieci w wieku 13-15 lat. Ale to nie powinno uśpić naszej czujności. Podążamy tą samą drogą co młodzi Amerykanie czy Brytyjczycy, mamy za to więcej czasu, by spróbować przeciwdziałać złym trendom.
Źródło: Gazeta Wyborcza

